//////

Jeśli – trochę puścimy wodze fantazji,;, można z dużą dozą prawdopodobieństwa – wyobrazić so­bie owego widza-partnera, do którego zwraca się z ekranu Walentyna Leontiewa.Musi to być człowiek inteligentny, bystry, z po­czuciem humoru (Walentyna Leontiewa lubi być ironiczna), człowiek na wskroś współczesny, ce­niący sobie ludzi, którzy posiadają zawsze własne zdanie i we wszystkich sytuacjach pozostają so­bą. Rzecz jasna, że wyobrażenie sobie takiego wła­śnie widza pomaga Walentynie Leontiewie w osią­ganiu owej swobody, pewnego „improwizacyj- nego charakteru” jej zachowania przed obiekty­wem, co stanowi tak ważny element składowy jej pracy.

Nie chciałbym mianem sprytu określać cechy, którą powinien posiadać każdy.prowadzący pro­gram telewizyjny, czy będzie to dyskusja, czy te­leturniej. Dla mnie jako widza nie jest istotna idealna praca kamer, bezbłędne przechodzenie z jednego kadru w drugi. Dla mnie ważne przede wszystkim jest wewnętrzne (być może nawet pod­świadome) przekonanie, iż Walentyna Leontiewa mówi „od siebie” i w każdej chwili może postą­pić tak lub inaczej, jednym słowem, że nie trzy­ma się kurczowo wytycznych scenariusza, że mam do czynienia z działaniem spontanicznym, które rodzi się na moich oczach. 

Może się to wydać dziwne, ale właśnie to sprawia, iż każdy jej gest i krok staje się dla mnie wiarygodny! Znamy wszyscy, ów przykry widok mówiącego aktora lub spikera, który nie zna dobrze wypo­wiadanego przez siebie tekstu. Gotowi jesteśmy zapaść się pod ziemię ze wstydu, gotowi jesteśmy podpowiedzieć mu odpowiednie słowa… Już nie śledzimy toku jego myśli, lecz drżymy tylko, aby znów nie przydarzyła mu się „wpadka”, modlimy się, aby znów nie zapomniał tekstu.Jeśli przejęzyczy się Walentyna Leontiewa, wca­le nas to nie razi, nie przeszkadza nam to. Nie- składność jej wypowiedzi, zająknięcia, przerwy — wszystko to jest naturalne. 

Przecież zawsze jest człowiekowi przyjemnie, gdy jego partner w roz­mowie, nie mówi jak z książki, gotowymi zdania­mi, lecz mówi swobodnie, myśląc o jego obecności, dobierając odpowiednich, najwłaściwszych w da­nym przypadku słów. W telewizji .magia ży­wego słowa jest szczególnie wielka! Wydawać by się mogło, że prowadzi to do kon­kluzji, iż działalność Leontiewy wychodzi poza ramy pracy prezentera programu i graniczy już niemal z aktorstwem. Czy tak jest w istocie?Pewnego razu w studio telewizyjnym urządzono naszym najlepszym prowadzącym swoistego ro­dzaju benefis. Walentyna Leontiewa, Anna Szy- łowa i Świetlana Żylcowa w specjalnym progra­mie czytały opowiadania Czechowa. 

Panie te . sie­działy za stołem w jednym rzędzie. Zapowiadał Igor Kiriłłow, który również prowadził program. Leontiewa, Szyłowa 1 Żylcowa przeobraziły sdę w aktorki. W czasie trwania owego półgodzinne­go programu, grały swoje role. Odczytywały tekst w sposób odpowiedni, z zawodowym zacięciem. Telewizja najwyraźniej zamierzała tyra progra­mem podnieść autorytet prowadzących.. Program przygotowany był starannie, na końcowej plan­szy widniało nawet nazwisko reżysera-konsultan- ta. Nie wiem jak dla kogo innego, lecz dla mnie był to bodaj jedyny raz, kiedy Leontiewa prze­stała mnie interesować. Czytała tekst znakomi­cie — lecz cóż z tego? Mamy przecież wiele świetnych aktorek.

Sądzę, że Leontiewa właśnie dlatego-jest inte­resująca, że odbieramy. ją nie jak aktorkę. Dla nas jest to bardzo ważne, że Leontiewa nie „gra roli”, lecz spotykając się z nami jest po prostu „zwyczajną kobietą”, jakby naszą przedstawiciel­ką po tamtej stronie ekranu. Właśnie dlatego mo­że nie uczyć się na pamięć tekstu ani nie musi udawać serdeczności. Leontiewa posiada talent znacznie rzadszy niż umiejętność wcielania  się w dowolną postać, talent pozostawania sobą w każdej sytuacji, w jakiej się znajdzie.Całe te rozważania mogą się wydać nie tak znów ważne. 

Jednakże dla telewizji, moim zda­niem, nic nie ma bardziej istotnego znaczenia i praktycznie nic nie jest ważniejsze poza sprawą wiążącą się z istotą kontaktu między czło­wiekiem z ekranu a człowiekiem sprzed telewizo­ra. W ogóle mało zajmujemy się mechanizmami rządzącymi percepcją sztuki. W przypadku in­nych sztuk lub widowisk (nie będziemy wieść spo­rów o terminy), być może, nie jest to istotne. W przypadku telewizji nie można się bez tego obejść. Moim zdaniem, sprawa percepcji jest tu­taj problemem pierwszoplanowym.

Nie wiem, czy zwróciliście państwo uwagę na to, jak ludzie siedzący przed telewizorem ożywia­ją się, gdy kamera zaczyna pokazywać widownię jakiejś sali koncertowej. Wydawać by się mogło, że nie ma ,w tym nic interesującego. Przecież właściwie pragniemy oglądać to, co się dzieje na estradzie. Raczej powinniśmy być niezadowoleni, że przeszkadza nam się w oglądaniu występów artystycznych, ukazując w zamian najzwyklejsze twarze najzwyklejszych ludzi, tych, których spoty­kamy w autobusie, na ulicy, w pracy. Można po­wiedzieć, że z reguły zainteresowanie programem wzrasta, gdy tylko kamera zaczyna pokazywać publiczność.

1 2 4 5 6 7 8 9 10 11 12 27 28